— Ach! Czy ja was biorę za kołnierz i ciągnę do Łagowa? Mówię tylko, relata refero100. Niezwłocznie obraza! Rozumie się, że wy nie możecie tam jechać. Jak to? Być w Paryżu u Lucasa Championiera101 i potem jechać do Cisów. To przecie nonzens.

— Spodziewam się, że to nie tylko „nonzens”, ale nadto nonsens.

— Bez wątpienia. No, ale nie idzie za tym, żebyśmy nie mieli deliberować nad kwestią obsadzenia asystentury u tego kochanego „Węglicha”.

— Co to znaczy słowo „Węglich”?

— Węglichowski jest moim kolegą z Dorpatu. Mieszkaliśmy razem. Tęgi lekarz... mógłby z niego być, gdyby nie to, że ten człowiek zawsze wszystko brał lekko. Nie lubi czytać — ot, co jest. A od chwili znanego przewrotu w medycynie warszawskiej, kto nie czyta, kto nie pozuje na uczonego, ten musi szukać jakichś Cisów. Znasz kolega Cisy?

— Nie znam. Słyszałem o tym coś... To w Kieleckiem, zdaje się...

— Aj, „zdaje się”... Jak można takich rzeczy... „Cudze rzeczy znać dobrze, a swoje potrzeba!”102

— Kolega mi aplikuje niniejszą sentencję w sensie admonicji103 czy tylko jako wzór krajowego przysłowia?

— Doskonale, paradnie! Ale wracając do „Węglicha”...

— Ach, z tym „Węglichem”...