— Umrze... pan? — szepnęła.
— Tak długo, tak dawno... tu leczę się bezskutecznie... Straciłem nadzieję.
— Może by panu jaki inny kurort pomógł... — wtrącił ksiądz oglądając swe paznokcie.
Karbowski musnął wąsika i przelotnie dotknął proboszcza spojrzeniem, które, zdaje się, mogłoby zabić. W tej chwili rzekł jak gdyby do siebie:
— Ach, tyle czasu... Tak, tak... Ksiądz proboszcz ma rację, inny kurort... Może być, że pojadę.
— Kiedy? — zapytała znowu panna Natalia.
Po tym słowie niewinnym panna Joanna drgnęła i wstała ze swego miejsca.
— Jedźmy już! — rzekła do towarzyszek — babunia będzie niespokojna.
Panna Natalia udała, że nie słyszy tych wyrazów, tylko źrenice jej zaszkliły się białym blaskiem okrutnego gniewu jak żywe srebro. Panna Wanda, która przerzucała ułożone z całego roku numery jakiejś ilustracji, podniosła głowę i zapytała:
— Więc jedziemy?