Zrozumiałem dokładnie.
Poczytuje mię, widać, za kształt śmierci dwunogiej, która zmierza w kierunku jej gniazda.
Krok mój poczytuje za krok śmierci, który lada chwila nadepnie na gniazdo, ukryte kędyś w zagajach charszczów i badylów tej strony, ukręcone z kolczastych włókien mikołajka.
Wiem, dobrze wiem, co jest w krwionośnem sercu, gdy dwunoga śmierć zbliża się do gniazda, przytulonego do ziemi.
Wiem, dobrze wiem, co jest w rozwartych oczach, gdy spokojna, obojętna, radosna przechadza się w pobliżu, na ścieżce prowadzącej do progu.
Mam w gardzieli tensam krzyk, który się spod twego serca wydziela, ptaku popielaty.
Każdy odcień chrapliwy pamiętam na widok przybliżania się i na widok oddalania.
Znam także odcień tego krzyku, gdy nie omija schronienia i, wpośród tysiąca innych, do mojego jedynie wybiera się w odwiedziny, — gdy, — po tysiąc kroć przeklęta! — na mojem nieszczęsnem sercu wszechmocy swojej próbuje.
— Ucisz się, matko!
Nie ja to jestem kształtem śmierci twojej, lub czyjejkolwiek, kogo aż do śmierci miłujesz.