*
Z potężnego pnia sosny, skoro tylko wydostał się z zaspy piasczystej na zachodnim przylądku wyrastają tuż przyziemne konary.
Wystrzelają równolegle do ziemi, albo z góry w pałąk wygięte kierują się ku niej.
Scielą się grubemi ramiony o kolorze miodu żółtego po miale zszarzałym i do zimnej powierzchni się tulą.
Odbiegłszy zaś kilka kroków od śniata, wszczepiają się w zwiewną górę, nakrywają omszonemi piaskami, znikając w nich do znaku.
Dopiero dalej, znagła wystrzelają spod ziemi koroną niezliczonych, bujnie zielonych gałęzi.
Z tych podziemnych konarów wyrasta plątanina krzywych gnatów, istnych postronków, żółtych lin i koślawych zawitek.
Zachodząc pod się i opasując jedna drugą, przeplatając się wukos skutecznemi podchwyty, zadzierzgając nierozerwalne pętlice i supłając grube węzły, planowy ów zespół gałęzi opiera się zachodniemu wichrowi.
Srogi i nigdy niewyczerpany w swojej sile wiatr zachodni zdziera mchy szare i zielone, odmiata złogi igieł, odgarnia i przepędza warstwy piasku i obnaża niezmiernie daleko rozpostarte czarne wężowisko potężnych korzeni.
Korzenie ocapiają kopiec wydmy w poszukiwaniu wciąż nowej, wilgotnej warstwicy.