Wszedł księżyc i nastała jedna z tych nocy letnich, a może ta noc w lecie jedyna, gdy na ziemię zstępuje czar przedziwny. Tkwił w bladoniebieskiej przestrzeni rozmieciony pył świetlisty, podobny do niezmiernie rzadkiej mgły, ledwie widzialnej. Przez konary świerków wdzierały się do głębi lasu białe promienie księżycowego światła i rzucały na jego dno oraz na pnie i leśną podszewkę bezkształtne plamy. Zimne światło odszukiwało krople rosy, leżące jak w miskach — w zagłębieniach listków i szyszek; czepiało się brzegów uschniętych zeszłorocznych igieł, co przygniatają jak bale i płyty — kiełki wypychające się z gruntu; wciskało się między włókna mchów i w nory pniów zbutwiałych.
Po całym lesie błąkały się jasne blaski jak widma. Stanąwszy na brzegu lasu pani Świerkowska zwróciła się do Wawelskiego, żegnając go; willa szlachecka była tuż za łąką.
— Mamy jeszcze tylko kilkadziesiąt kroków — mówiła — miniemy mostek i wrócimy przez furtkę. Nikt nie zauważy naszego spaceru.
Otuliła się szalem pod szyję i zwróciła twarzą do Adama. Na twarz tę padło światło, zamigotało jak lśniące pyłki we włosach z lekka wzburzonych nad czołem i nadało tej głowie jakiś wyraz szczególny. Student doznał takiego wrażenia, jakby panią Zofię w tej chwili dopiero po raz pierwszy zobaczył. Rozkoszny spazm ściskał go w okolicach diafragmy i słodko obezwładniał. Radość wewnętrzną a bezmyślną sprawiło mu fizyczne przypatrywanie się tej twarzy, nacechowanej w tej chwili czymś niewysłowienie znajomym i bliskim.
— No, dobranoc panu — rzekła pani Zofia.
Panna Wanda serdecznie i z trwożną namiętnością uścisnęła rękę Wawelskiego.
— Dobranoc — rzekł jakimś nieswoim i mimo woli smutnym głosem, ukłonił się i patrzył na oddalające się sylwetki tych pań. Długi, dziwaczny cień, padający od ich postaci, posuwał się po rosą ubielonej łące, wydłużał się, zwężał...
Wtedy młody człowiek poczuł w głębi serca jakby próżnię. Czuł bezwiednie, że mu czegoś brak, brak niesłychanie.
„Tu przed chwilą stała ta pani — myślał — o dwa kroki ode mnie... taka nadzwyczajnie piękna...”
Z wysiłkiem uprzytomnił sobie oczy pani Zofii, barwę jej twarzy w świetle, dźwięk ostatniego wyrazu i schwytawszy te kształty szczególnym pojmowaniem, poszedł do domu szybko, co tchu, szerokimi krokami, jakby przed kimś uciekał ze zrabowanym skarbem.