— Do mnie! — rozkazał eks-obywatel powożącemu Żydkowi.
Ciepły oddech gruntu, spieczonego upałem całodziennym, owionął rozpalone głowy jadących i odebrał im resztki przytomności. Za każdym uderzeniem kół bryczki o kamienie i wyboje drogi głowy ich uderzały się znienacka i rozbiegały w różne strony. Wówczas obadwaj zdejmowali cudze kapelusze i wpatrywali się w siebie nawzajem uparcie.
— Uprzejmie przepraszam — bełkotał Wawelski.
— O nie... to ja raczej przepraszam...
— No, dobrze, ale dokąd ja właściwie i z kim właściwie mam przyjemność jechać?
— Wiozę pana do mnie. Chcę pana przedstawić siostrze mojej żony. Śliczna dziewczyna! Jak żyję na świecie, nie widziałem nic podobnego...
— A, jeżeli tak... Wzruszony jestem cokolwiek. Zresztą... co mnie przyjdzie tak dalece z pańskiej żony?
— Z siostry mojej żony! Cudna dziewczyna! Co za biodra, panie, u tej kobiety...
— Ależ ja jestem zupełnie obnażony z pieniędzy! Gdzież u licha ta kieszeń!...
— Posagu ona, biedactwo, wprawdzie nie ma, ale cóż to za serce złote, co za edukacja! Ślicznie panu gra, maluje na porcelanie. Dokądże mi zresztą będzie siedziała na karku... to jest...