— Ależ dobrze! Nie dybię wcale na cnotę panny Wandy. Spotykałem się z nią jak z dobrą znajomą, rozmawiałem nieraz wesoło i na tym koniec. Że coś tam do pani pisała... nie moja wina...
— Tak, tak. Teraz pożegnam pana. Kuzynka moja jest bardzo złośliwą, choć najlepszą pod słońcem osobą; kto wie, czy jej nie strzeli do głowy pomysł śledzenia mnie, podpatrywania z jakiego ukrycia, czy wracam sama.
— Czyż doprawdy pani powróci tam natychmiast? Takaż to moja nagroda za tęsknotę?
— Ach, panie, panie!... Któż tak mówi?
— Pobawiła się pani mną, a teraz, znudziwszy się, odrzucasz jak niemodną rękawiczkę... Co ja teraz pocznę?
W tym okrzyku było tyle rozpaczy, że pani Zofia zachwiała się w swych postanowieniach. Znowu poczuła na swej duszy cienkie nici, jakimi oplątał ją ten młodzieniec, nici mocne jak kajdany, które chciała potargać w udręczeniu serca, spalonego żądzą i nieszczęściem. Znowu głowę jej owionął zapał, rozpędził myśli logiczne i zdławił wolę.
— Chcę tylko przekonać się, czy jestem jeszcze kochany; oto wszystko. Czy w tym grzech być może?
— Dobranoc... Muszę iść; Anielka czeka...
— Zmiłuj się nade mną!
— Czego pan chce?