— Ba, jeszcze w marcu.
— Z żoną?
— A ma się rozumieć. Cóż by on bez niej znaczył na świecie? Ta kobieta za dziesięciu parobków mu obstoi.
— Coś tam między nimi było — wtrącił doktor Daktylberg z zadowoleniem, że może nareszcie przyjść do słowa — coś nawet de grubis. Miała wyjeżdżać do matki, chorowała...
— Żadnej matki nie ma! Co doktor pleciesz! Do siostry! — przerwano mu.
— No, to do siostry! Dopiero erudycja! Służąca Świerkowskich paplała po mieście najdziwaczniejsze historie...
— Kłamstwo! — huknął geometra. — Nic nie było, żadnych historii; przecież wiem doskonale... Poszło z pewnością o to, że Świerkowski pił tej zimy nad wszelkie spodziewanie: na stacji kieliszka wódki nie można było dostać; dzień w dzień go stąd do domu saniami odwożono.
— Zadziwiająca rzecz — uśmiechnął się Wawelski. — Ale koniec końców zgoda nastąpiła?
— A naturalnie. Ta kobieta go od pijaństwa powstrzymała; zapracowuje się na niego; żyły, panie dziejski, da ze siebie dla niego wypruć... Przecież wiem doskonale...