— Słyszałeś o tym w domu? — pytał Piotr schylając się nad nim.
— Słyszałem.
— Mama ci mówiła?
— Mama, Anusia...
Piotr oddychał szybko i ciężko... Policzki mu pałały. Prędko chodził po izbie i kiedy niekiedy rzucał wyraz cichy jak oddech:
— Zdeptał mój oficjerski honor. To nic! Ale duszę wszystką nogami... W strasznym gniewie, w dzikości wzburzenia... gdy parobków... krzyknąłem, żem oficjer, że się nie dam... wyrwałem z pochwy. Boże mój!...
Usiadł prawie bez tchu. Siedział tak, chwytając oddech piersiami prędko i z trudem. Mówił jeszcze:
— Nocą wyszedłem. Tyle już lat! Gdyśmy z Bracławszczyzny pod Grochowskim dniami i nocami ku Połańcowi... z dala widziałem naszą stronę... A potem... żeby też słowo!
— Ojciec nic o bracie nie wiedział, i my to samo...
— A i cóż mieliście wiedzieć? To co o każdym. Na Szczekocińskim placu... skłuły mnie bagnetami Prusaki... Krew mię uszła... Leżałem między trupami. Ten oto żołnierz, coś go widział, wrócił się po mnie w nocy, nalazł mię półżywego. Na ręku wyniósł... Leżałem po dworach w Krakowskiem, a jakem wreszcie wstał, w gruncie rzeczy... nie było już po co...