— Być może, ale, jeśli wola księcia, nie chciałbym się stąd ruszać. A że czynsz płacę do skarbu grudzieńskiego accuratissime, więc — dodał z uśmiechem — nie masz racji eksmisji. Zresztą pilnie karczuję pustki jałowcowe, staw szlamuję i zarybiam, łąki osuszam. Rowy...
— Zgoła jak ów Cincinnatus.
Ordynarna, niczym nieokryta ironia wionęła przez twarz pana, gdy to mówił.
— Cincinnatus — rzekł Piotr oschle i równie szorstko — nie osiadłby był...
Książę otarł czoło wonną chustką. Chowając ją do kieszeni, schylił się i znacząco powiedział:
— Jestem mocno przekonany, że basis twojej choroby — to nie bicie krwi, tylko... myśli. A na to istotnie ani felczer, ani lekarz najzawołańszy nic nie pomoże.
Piotr podniósł na niego oczy znużone i rzekł z niechęcią:
— Nie. Już zastaliło się serce. Myśli ustały.
— Jeśli tak, to czemuż tu siedzieć w głuszy? Czemużbyś się wzdragał patrzeć w życie i poić nim, pókiś młody? Czytam w tobie jak w księdze. Te same tłamsisz w sobie zaskórne myśli, jak wówczas, gdyś mię na lekcjach Łęskiego, Hubego, Steynera albo później nocami w namiocie pozbawiał snu. Pamiętam straszne twoje rozmowy...
— Nie wiedziałem, że były tak straszne... — rzekł Piotr i zaśmiał się szyderczo długim i ostrym śmiechem.