— Być może. Ale ja do papierów żadnej zgoła wagi nie przywiązuję. Mnie papier potrzebny tylko na przybicie prochu i śrutu, i to jeszcze przekładam flejtuchy z pakuł nad papierowe.
— Otóż, przeciw lepszemu spodziewaniu, wielmożny pan jeden z niewielu zaległ w opłacie.
Nardzewski siedział na swym krześle z rękoma w kieszeniach rajtuzów. Twarz jego, schłostana przez wiatry, była teraz szkarłatna, wargi odęte. Milczał długo.
— Bardzo być może... przeciw lepszemu spodziewaniu — wycedził wreszcie przez zęby.
— To ad primum. A teraz co do homagium. Pan baron von Lipowski, pierwszy cesarski komisarz kieleckiego krajzamtu, żebym wyraził wielmożnemu panu niezadowolenie z powodu jego absentowania się w tej tak ważnej sprawie, polecił mi był.
— Do diaska! siła grzechów, jak widzę, ciąży na moim sumieniu...
— Tak jest. Wielmożny pan nie tylko nie udał się osobiście do Krakowa...
— Ja do Krakowa! Ale czegóż to waszmość wymagasz ode mnie?
— To nie było wymagane.
— Nie wymagane znowu! Więc jak?