— Przypominam tu bladookiemu, że jest mieszczaninem, należy do stanu trzeciego, nie do nas, którzy tyle win dźwigamy na frakach i fryzurach.
— Dowiedź mu tej hańby, bo inaczej skażemy cię na zapłacenie całej kolacji.
— Przecie to oczywiste. Jużem był wówczas wyszedł z kołyski na szerszy horyzont, a nawet stawiałem pierwsze pas na niełatwej wcale posadzce umizgów, gdy obecny tutaj bladooki zapisywał się na ratuszu warszawskim w poczet mieszczan, do cechu cnotliwych szewców czy nawet do grona arcywymownych krawców.
— Kłamiesz! — zawołał zezowaty.
— Pójdziemy na ratusz i sprawdzimy!
— Walmy na ratusz!
— Każemy Koehlerowi pokazać ten dokument.
— Więc jakże? — krzyczał mówca — jeżeli znajdziemy tam jego podpis z odpowiednio patriotycznym zakrętasem, co wtedy? Gdzie sprawiedliwość?
— Wrzucimy go do otchłani białoskórników, zjednoczonych z szewcami.
— Kazali mu zanurzać ręce po same łokcie w słojach z kiszonymi ogórkami i wymawiać po trzykroć: Mak be nak! — bełkotał blondyn siedzący obok Rafała.