Rafał zakładał sobie wiele na uprawie tego łanu. Miał zamiar siać z wiosną owies i paść nim stadninę, którą w myśli stale powiększał. Właśnie siedząc na pniaku ćmił z małej, glinianej fajeczki tiutun i rozmyślał o przyszłym stadzie. Z lekka przemókł od kołnierza i pleców, więc się zagrzewał fajeczką, wesołymi myślami i skurczeniem postawy. Dymy z ognisk wałęsały się przez pola już przetrzebione i niosły woń jałowcową po pierwszych skibach. Michcik, pracujący w pobliżu na równi z najemnikami, odchrząknął, wyprostował się... Coś mamrotał.

— Co gadasz? — spytał porucznik nie wypuszczając z zębów fajeczki.

— Melduję...

— Cóż meldujesz, stary Austriaku?

— Me... melduję... jako gość je... jedzie.

— Wściekłeś się czy co? Do mnie gość jedzie?

— Widać ano, że z góry gość jedzie...

— Prawda! Ktoś jedzie. Bryka w trzy konie...

— Bryka nie... nietutejsza... Bryka jak się patrzy... krakowska...

— Prawda! Bryka krakowska... Konie wspaniałe...