— Trzech groszy bym nie dał...

— Cha, cha... jak mamę kocham!

— Jakże on teraz, towarzysze, przed obliczem swej bogdanki stanie?

— Konik polny...

— A jakiego to tonu ze siebie dobył, słyszeliście!

Ruszyli w tę stronę skąd przyszli. Cedro rzeczywiście nie myślał iść z nimi. Siadł we framudze okna i bezmyślnie patrzał na stygnące trupy starych niewiast, na kałuże krwi i połamane sprzęty.

Zdawało mu się, że rozważa w tej chwili, co czynić dalej. W gruncie rzeczy drzemał, był w stanie pół snu, pół jawy. Widział i słyszał coraz niedokładniej... Zbudził go łoskot. Pękały gdzieś daleko drzwi, waliły się stoły i szafy zatarasowujące. Woltyżerowie szli nazad z pośpiechem wołając do Krzysztofa:

— Tłum na nas idzie!

— Wyłamały drzwi na dole!

— Banda!