— Gościńcami, za Cesarzem.
— Ale dokąd?
— Bić się i tyla.
— Gajkoś! Toć tu...
— E, mnie tu śmierdzi między onymi, z przeproszeniem, kapitanami, porucznikami, a choćby też i pułkownikami. Panie odpuść! Pułkowniki... Nic ino pułkownik na pułkowniku, a za nim parobcy od gnoju. Widziałem przecie na własne oczy jednego, jak wziął spychać kurek karabinowy garścią z góry, a tak szczerze, aż go i urwał. Pyta go się starszy delikatnie, czemu nie strzyla: — A jakże, pada tamten, bede strzyloł, kiej mi się kurcoba urwała?... Dopiero mu w batalii pokazują, że nie trza kurcoby z góry pchać, ino za cyngiel leciuśko pociągnąć, to samo strzeli galanto. To się przecie tak zdziwił i zamartwił, że mu aże gęba otworem stanęła. Takie to chytre wojsko.
— Nie obmawiaj, nie obmawiaj, stary włóczykiju!
— No, ja ta idę do wiary, do swoich. Co mi tu za niewola ziewać z nudów! Z nas kużdemu sto bitew stoi w pamięci. Taki se Pawlikowski! W trzeciej jeich kompanii służy pod Fijałkowskim. Sam, jucha, na syngieltona wziął w niewolę 57 Szwabów piechotnych. To przecie wojska się zadziwiły i od kraja do kraja trzęsły ze śmiechu. Chciał go Moreau, generał dowodzący, natychmiast oficerem na placu mianować. — Natychmiast, powiada mu, wdziewaj szlufy, przypasuj szablę oficerską!... — A na to Pawlikowski jeno ramionami wzruszył i powiada: — Ne se lir, ne se krir, ne pe ofisie... Nagradzajże go! To mu dopiero karabin jakisi frymuśny przysłali z okuciem ze śrebła i z napisami długimi we figlasach, jako że jest rycerz nad rycerze... A bo to jeden jedyny? Kużden widział na oczy świat szeroki, ziemię włoską, ziemię francuską, Niemce, góry, morza, wielkich bohatyrów i straszne dzieła wojenne. Cóż mnie po tym, żeby mi miał bele fąfel przewodzić, co jeszcze od smrodu prochowego poczciwie nie kichnął!
— Taka to subordynacja!
— Jak jeno do Kalisza przyjdziewa, zaraz idę do szefa i wykładam. Tam i oni w tym Kaliszu mieli mieć swoje dépôt. Dopóki my instruktorami — a no to uczę toto ciaciastwo dzień dnia. A tera pokój! Wyborowa kompania — śmiech! Ja bym im pokazał wyborową kompanią, toby się w mysie dziury zmieścili ze wstydu. Niechże ich ta uczy, kto umie. A ja nie dyrektor. My są rycerze. Ja bez wojaczki — jak siodło bez konia. Jeszcze bym się rozpił albo, czego Boże zachowaj, obabił...
Po chwili szeptał jeszcze ciszej: