Ciemne, wojenne oczy wodza uderzyły w spojrzenie Krzysztofa.
Spokojna twarz, jakby wykuta z niewiadomego metalu, była ku niemu wyczekująco i groźnie zwrócona.
— Jakie jest twoje życzenie? — spytał głuchym i zimnym głosem.
— Jeśli umrę... — począł mówić Cedro w języku francuskim, spokojnie i groźnie, z dumą i odwagą patrząc mu w oczy.
— Jakiej jesteś broni? — przerwał.
— Lansjer polski.
— Spod Tudeli?
— Tak.
— Nazwisko?
— Poszedłem z domu mego ojca... Wierzyłem, że moją ziemię... A teraz... na obcej... Wyrzecz, że nienadaremnie, że dla mojej ziemi... Cesarzu, cesarzu!