— Kołem za niego pijmy! — krzyknęli.
Wstał cały półpijany stół. Cedro powiódł po nich okiem i zakipiał cały od żołnierskiego wzruszenia. Gotów by był umrzeć za tych ludzi, dałby się w sztuki porąbać za honor, jaki mu wyświadczyli pijąc zań i zowiąc go lansjerem. Chciał im powiedzieć, że widział Napoleona. Podniósł kielich...
— Wołać tu Dysa! — krzyczał Prendowski — niech jucha śpiewa, bo markotno... śmierć w oczy zagląda...
— Dysa wołać!...
Wszedł zaraz żołnierz stary, niewielkiego wzrostu, z włosami bielusieńkimi jak śnieg i z białym przystrzyżonym wąsikiem, ale czerstwy i czerwony jak ćwik.
— Stary! Śpiewaj!... — wołano.
— Tylko nie z tych nowych pieśni...
— Stare nam śpiewaj! co najstarsze!
— Według rozkazu... — rzekł wyprostowany Dys.
Usunął się zaraz pod ścianę, odkaszlnął i powlókł ręką po wąsach. Za chwilę wzniósł dłoń uroczyście, jakby dyrygował orkiestrą, i niespodziewanie zaczął śpiewać głosem tak szczerym, silnym i cudnym, że w całej kompanii nastała grobowa cisza: