— A jestem.
— Pięknie u Boga Ojca brat waści gospodarzył na tej wioszczynie, nie ma co mówić!
— Jak to?
— A tożem patrzał, bo obok niego na Polińcu od lat siedzę. Chłopów, farmazon, rozpuścił, rozamorował, że mu na pole wychodzili jak z łaski, i koniec końców do garnka nie miał co włożyć.
Rafał wrzał wszystek od niewymownej złości, która nie mogła wydobyć się na zewnątrz. Milczał z oczyma wlepionymi w pusty talerz.
— Cóż asan milczysz? Prawdę mówię, choć i gorzką.
— Ja nie wiem, czy to prawda.
— Nie wiesz. No i pewnie. Wąsów asan całych nie masz, to skądżebyś miał znać się na całej prawdzie! Ale nie o to idzie... Słuchaj no, mości panie, gdzież to zamierzacie podziać owe graciny nieboszczyka ze dwora, choć ich ta tyle, że by żydowska koza uciągnęła? Zabierzecie toto w Sandomierszczyznę? Widziałem tam chomąta, siodło, rzemienia fornalskiego coś niecoś. Kiepskie to wszystko, ale jakby niedrogo, to bym kupił. Mówili mi tu, że to niby asan dysponujesz, jak i co.
— Zabierzemy do domu.
— A to zabierajcie wnet, bo ja w tych dniach dwór zajmę.