— Szedłem na schadzkę z Julią Capuletti środkiem jednej z ulic Werony. Ale co tu waćpaństwo robicie w charakterze drabów nocnych? I waść na ich czele w tak wielkim kapeluszu i kołnierzu? Pytam się!

— Bez przymówek, bo wsadzę na areszt o chlebie i wodzie!

— Wiedz waść, żem starszy od ciebie rangą wojskową, latami służby i tam dalej.

— Dowody?

— Pytam się, co tu robicie?

— Spełniamy rozkaz komendanta placu.

— To jest czyj?

— Teraz generała Kilmaine... — niezdecydowanym już głosem odpowiedział rycerzyk.

Pociągnął Gintułta na bok i szepnął:

— Miasto wre. Toż w kwietniu, od 17 do 24, wyrżnęli pięciuset Francuzów. W samym szpitalu chorych zamordowali 400, bezbronnych. Pomimo zdobycia go i kapitulacji 24 kwietnia emeuta w nim nieustająca. Stąd surowość. Patrol za patrolem. Nikomu nie wolno nocą z domu wychodzić. Musimy ich trzymać za gardło...