— Gintułta! — zdziwił się Jarzymski tak bardzo i głęboko, że aż wyprostowany usiadł. — Tam, w tym pałacu pustym jak trupiarnia?
— A tak.
— A skądże, przepraszam, taka konfidencja?
— Ja dawno już znam tego Gintułta.
— Prawda, prawda! teraz przypominam sobie, żeś to ty jego poniekąd wychowanek. Bo tu, uważasz, nikt z nim nie ma szczęścia... Za wysokie progi, a jakże!
— No, ja jestem u niego sekretarzem.
— Sekre!... A niechże cię!
— Cóż ci to?
— No, nic nie szkodzi. Jakoś to będzie...
— Nie rozumiem, co mówisz.