Jedno z najpiękniejszych wspomnień żywota, noc słowicza z przecudownymi gwiazdami, jakich już nigdy potem oczyma nie widział, przemknęło w lotnym widzeniu.
— No, w Oleśnicy, w moim gnieździe. Znasz może waszmość to miejsce?
— Tak. Jeździłem tamtędy do brata pod Małogoszcz.
— A toś sobie wasze twardą drogę wybrał... Ze Staszowa na Brody, co?
— A właśnie! Wielkie tam stawy, trzciny, dalekie łąki.
— A stawy piękne, to prawda. Knieja tam teraz, bracie, otworem staje... Psy skomlą! Tylko patrzeć, rychło pierwszy przymrozek pobieli suche liście...
Podniósł się, wyciągnął rękę i patrząc w Rafała swymi ciężkimi oczyma, mówił:
— Skoroś waść dobrze o Brodach wspomniał, a Oleśnicę znasz, z mojej strony jesteś, a nadto brat dawnego towarzysza, toś sam towarzysz i brat. Piję w twe ręce, bracie... jak ci na imię?
— Rafał.
— W twoje ręce, Rafał! Nasamprzód za tamtego, za Piotra. Niech sobie odpoczywa w pokoju wiecznym!