Karczmarz pomilczał chwilę, jakby wyliczał sobie w głowie szeregi potraw, następnie zmierzył drapichrusta wzrokiem nikiej łokciem i odrzekł:
— Nie. Nie mam ani gotowanego, ani pieczonego.
— A to, co zajadają tamci? To skąd?
— Co jedzą tamci? Tamci, jedzą gotowane.
— No, to i mnie podasz zaraz, co tam masz upitraszonego, i kwita! — wrzasnął rozkazującym tonem. — Słyszałeś, wasan?
— Słyszeć, słyszałem...
— No, to żywo! Bo czasu nie mam.
Karczmarz wycierał pracowicie jakąś szklankę.
— Myślisz może, że nie mam czym zapłacić za twoją chabaninę? — dodał Rafał z pogardą tak szczerą, jakby miał kieszenie pełne dukatów, zgoła nie wiedząc o tym, że nie ma przy duszy jednego grosza.
— Ja nic nie myślę — mruknął oberżysta. — Płacić to płacić. Co mam dawać?