— Pójdź... do siebie...
Za chwilę znowu:
— Stamtąd zejdziesz...
Szereg ukłonów i cichych, rzewnych kroków do taktu muzyki gawota, aż znowu szept, głos cichy a wstrząsający do szpiku kości:
— Na dół schodami... tak... które są w końcu korytarza.
— Co dalej?
Muzyka nieco odmienna. Taniec znów. Uśmiech.
Oczy zemdlałe w zaśnieniu. W różanych wargach zęby z trwogi szczękają:
— Będą tam półotwarte drzwi.
Nic już nie rzekła aż do końca. Źrenice oczu skryły się w cieniach rzęs. Na ustach wyraz bolesny. Włosy, rozrzucone w tańcu, tworzyły dokoła zbielałej twarzy złotolitą burzę.