— A ty coś myślał! Wprawdzie bab nie ma żadnych, ani takich, ani owakich, ale za to kiełbasy Skarżyński takie porobił, że cały pułk drugi już tydzień smakuje i nie może się odjeść.
— Skądżeście świń nabrali?
— A to się tam Skarżyńskiego pytaj...
— Myślisz, że to już wszystko. Pełne ma chlewy świń, karmi je tak, że się ani jedna ruszyć nie może, a rznie tylko najtłuściejsze.
— Jedno ma tylko zmartwienie — pokpiwał stary Szulc — że, mili bracia, choć części tego świństwa nie może pognać na jarmark do Wąwolnicy albo Baranowa... Toby zbił kabzę!
— Dalejże, dławikufle! Pijmy zdrowie młokosa Cedry!... — zawołał Prendowski.
— Skoroś się, wiesz, z tego postrzału wylizał, toś chwat. Kozła magnąłeś jak pajac w cyrku, a farbowałeś, bracie, jak rogacz trafiony pod piąte żebro... — mruczał Niezabitowski.
— Chociażeś z nami w podłych górach Juvenes nie był, aleś lansjer chrzczony. Pijmy za niego!
— Kołem za niego pijmy! — krzyknęli.
Wstał cały półpijany stół. Cedro powiódł po nich okiem i zakipiał cały od żołnierskiego wzruszenia. Gotów by był umrzeć za tych ludzi, dałby się w sztuki porąbać za honor, jaki mu wyświadczyli pijąc zań i zowiąc go lansjerem. Chciał im powiedzieć, że widział Napoleona. Podniósł kielich...