— A no, w Mora.
— Cóż to za Mora? — zapytał Cedro.
Mikułowski spojrzał na niego z ukosa i rzekł:
— To acan żyjesz? Mora to taki zamek jak w Chęcinach abo i większy. Postawili nas tam ze Stokowskim na straconą pocztę. Straszy, do diabła, w tym zamczysku... Okopaliśmy się, odgrzebaliśmy fosy, co je podobno Maurowie z Andaluzji przeciw królom Kastylii w skale pokopali...
— Co ty bredzisz o Kastyliach? Gadaj o rzeczy!
— No, tak. Napadli na nas jeszcze wczoraj, o północy, ze wszystkich stron. Było tego bydła z tysiąc ludzi, a nas pięćdziesięciu, zamkniętych w starych basztach. Broniliśmy się strzelaniną, póki nam prochu starczyło. Potem kamieniami. Ale i oni rozebrali mur, wybili dziurę w baszcie narożnej i podpalili schody.
— Jakżeście wyszli?
— Czy ja wiem? Szliśmy przez ogień. Pałaszami... Stokowski, jucha, wojował! Bodaj to!
— Któż zginął? — po długim milczeniu, w czasie którego Mikułowski jadł zawzięcie, zapytano z tłumu.
— Czy ja wiem? Poginęli... Niejeden zleciał na łeb w ogień. Jak my dopadli koni, to się tam jeszcze kotłowało. No, ja się już najadł — jadę.