— Nie puszczę. To jest łóżko samej pani dziedziczki. — Mam rozkaz strictissime zaraz to łóżko wywieźć.
— To ja strictissime kasuję tamten rozkaz.
— Ehe...
— Rwij mi acan po gorącą wodę na dużej, czystej misce. Żeby mi za dwa pacierze była w tym miejscu! — wypalił dobroczyńca Rafała, chwytając tamtego za ramię po raz wtóry i otwierając nim drzwi na oścież.
Z sieni dał się słyszeć głos bynajmniej nie pokorny:
— Ja idę, ale wy, młokosy, popamiętacie!
— Konia odwiąż od płota! Zaprowadź go do stajni! Owsa mu daj pełny żłób! Słyszałeś?
— A jakże, słyszałem... — mruknął tamten w kącie sieni.
Wkrótce Rafał został opatrzony przez chirurga. Nacierpiał się niemało przy sondowaniu i myciu rany, ale się i pocieszył, gdy go lekarz zapewnił, że ostrze huzarskiej broni niezbyt wiele przecięło więzów. Ześliznęło się jakoby po kościach i naszarpało tylko niemało mięsa na boku i pod pachą. Obandażowany i spokojny ułan legł w puchu. Chirurg nakazał spokój i przy pożegnaniu obiecał odwiedziny swe nazajutrz rano.
Dzień z wolna rozproszył się i w nocy utonął. Nikt nie przyszedł, żeby zapalić światło. Rafał nie miał o to pretensji: prawdziwie wypoczywał w zacisznej alkowie.