— Z dowódcą pułku imienia Latour-Baillet, pułkownikiem Czerwinkiem.
— Jakiś Czech-pobratymiec?
— Zapewne. Mówiłem z nim po francusku.
— Opowiedz ze szczegółami.
— Kiedy zbliżyliśmy się do szańca, na głos naszych bębnów wyszedł i otoczył nas oddział pieszy. Doboszów zostawiono w polu pod silną strażą, a mnie oficer dowodzący zawiązał oczy i pod strażą zaprowadził w przykopy.
— Jakie było wejście? czy po stoku kurtyny?
— Nie. Ile wnosić mogę, szedłem przez otwór w przedpiersiu, zastawiony z wnętrza poprzecznicą. Rękoma dotknąłem bariery. Szyldwach nas przepuszczał.
— Cóż dalej?
— Prowadzono mię umyślnie to tu, to tam, żeby mi w głowie zamącić. Wyprowadzony zostałem z przeciwnej strony.
— Tak samo przez otwór, czy może przechodziłeś waćpan ławę dla działa?