Kanonierowie wyrychtowali działa na łożach. Z zapalonymi lontami czekali na komendę ogniomistrzów. Sokolnicki stał bez ruchu z lunetą przy oczach i lustrował jeszcze kościół. Świątynia stała przed nim w łunie, w blasku ognistym, zgrzybiała, straszna, jakoby grobowiec, na który nie masz dość potężnej siły, która by go tknąć mogła. Oto przybiegł zdyszany adiutant Rafał Olbromski i zdawał sprawę, że wszystka siła wyszła z murów Świętego Jakuba, że już jest w baterii „numer czwarty”, że tam ledwie i tych sił połączonych starczy do obrony, że opuszczone mury nieprzyjaciel zapełnił, że ciągnie działa w obręb klasztory ażeby stamtąd bić w Sandomierz. Generał skinął głową i złożył lunetę. Gintułt stanął przed nim.

— Czego? — krzyknął Sokolnicki.

— Święty Jakub ma być zburzony?

— Kto waści wzywał do mnie?

— Nikt mnie nie wzywał.

— A więc...

— Przychodzę zapytać się...

— Pal! — rzekł Sokolnicki odtrącając natręta.

Nim komenda została powtórzona, Gintułt schwycił generała za rękę, za ramię... Błagał go z krzykiem:

— Patrz! Świeci się cała...