— Kiedyżeś do Olszyny przybył?
— Dopiero w czerwcu.
— Przez cały czas przy ojcu byłeś?
— Aż do tej chwili. Ledwiem się oto wydarł.
— Ależ wałacha masz, niech go pioruny! Cóż za koń! — nie mógł Rafał powstrzymać okrzyku, patrząc na źrebca idącego przy koniach na przyprzążkę.
— Iberyjczyk... a jeszcze w Olszynie go paśli — skromnie wtrącił Cedro.
— Ależ koń!
— Musiałem dobrego konia wziąć na tak wielką wyprawę.
— Na jakąż to znowu wielką wyprawę?
Krzysztof popatrzał na niego z ukosa i rzekł: