— Widziałżeś szczęście moje?
Wrosły w łańcuchy nie mówi nic.
I słychać jeszcze pańskie słowo:
— Skoro me szczęście uznasz dobrowolnie za prawe, uszanuję twoją sromotę.
Wówczas Walgierz Udały mamroce:
— Nie szanuj mojej sromoty, nie szanuj...
— Czemu, rycerzu?
— Albowiem, — rzecze, — jestem w kajdanach.
Lecz mówiąc słowa te, Walgierz drży w duchu i nieugiętą dłoń trwogi czuje na gardzieli. Smaga się batami słów dawnych, słów dumnych, słów rycerskich, byleby nie dojrzano, jak żebra drżą pod łachmanem. Maca w sobie wzrokiem ducha ranę, źródlisko wieczne, i krew broczącą nieustannie trwożnemi dłońmi osłania.
Wie, co go czeka.