— Proszę pani... A może tu jeszcze stoi gdzie ta szklanka, z której nieboszczka Karusia sok piła? Trzeba by zobaczyć, co to za sok, że jej tak zaszkodził!
— Sok porzeczkowy zaszkodził!... — przeraziła się pani Turzycka. — Mój sok! — Zbielała wszystka na twarzy i zatrzęsła się całym obfitym ciałem. — Ten sok mógłby zaszkodzić pannie Karolinie? Sok, który ja sama, własnoręcznie przygotowałam? Nie, proszę pana! Wszystko można na mnie powiedzieć, ale sok, który ja przygotowałam, pannie Karusi nie mógł zaszkodzić! To już trudno i darmo! — zdecydowała z godnością i dumą obrażoną.
— Sama pani podawała jej szklankę z wodą i sokiem?
— Czy ja sama podałam? Zaraz! Sama pobiegłam do kuchni, jak panna Karusia objawiła swą wolę, że napiłaby się wody — nabrałam szklankę wody z blaszanego wiaderka. Woda przecie z naszej studni, najczystsza w świecie. Potem weszłam do spiżarki i wyniosłam stamtąd flaszkę z sokiem. Postawiłam tę flaszkę na tacce. Obok flaszki wodę w szklance. Zawołałam moją siostrzeniczkę, tę Wandzię, biedactwo, co ją państwo byli łaskawi zabrać na zabawę do Odolan — żeby zaniosła tackę do pokoju i żeby podała pannie Karusi, bo sama poszłam zamknąć spiżarkę. Nieraz się tak zostawi spiżarkę na dwie minuty, a potem tego brak, tamtego nie ma. Kto wziął, kto ruszał — utnij głowę, wbij zęby w ścianę — nie wiadomo.
— A więc to panna Wandzia przyniosła wodę z sokiem z kuchni do pokoju? — pytał uprzejmie wuj Michał.
— Tak, Wandzia.
— A gdzież jest panna Wandzia, siostrzeniczka pani dobrodziejki?
— Wandziu — chodź ino tutaj! — zawołała pani Turzycka.
Z sąsiedniego pokoju wyszła panna Wanda i dygnęła przed zebranymi. Znała już wszystkich, często bywała we dworze, doświadczyła wielu łask i niemało przyjemności od tych osób, więc nikogo się już nie lękała. Zresztą oswoiła się towarzysko podczas tego na wsi pobytu, nabrała pewnej ogłady w obcowaniu. Blask lampy naftowej niewyraźnie oświetlał twarz panny Okszyńskiej. Stała spokojnie niedaleko drzwi, skubiąc według swego nałogu pensjonarskiego brzeg fartucha.
— To pani podała wodę w szklance naszej kuzynce, Karolinie Szarłatowiczównie? — pytał pan Skalnicki występując niejako w imieniu wszystkich zebranych. Mówił dobrotliwie, po ojcowsku i bardzo grzecznie.