Nikt tego nie zauważył, żeby śmierć, sekcja zwłok i pogrzeb panny Karoliny Szarłatowiczówny wywarły jakiekolwiek wrażenie na Cezarego Barykę. Gdy panna Wanda Okszyńska, na skutek znalezienia we wnętrznościach zmarłej śladów strychniny, która śmierć spowodowała — była wezwana do sędziego śledczego, a nawet aresztowana, później zaś wypuszczona na wolność wskutek braku jakiegoś realnego przeciwko niej dowodu — to te wszystkie awantury, doprowadzające całą okolicę do stanu białej gorączki, Cezarego mało wzruszyły. Można utrzymywać, iż wojna z jej okrucieństwem, a przed wojną widoki dostrzeżone w rewolucjach bakińskich wyziębiły w nim wrażliwość na sprawy tragiczne. Cezary zbyt wiele już widział tych „smutnych kawałków”, ażeby mógł się nimi przejmować do głębi. Przeciwnie — tragizm wydarzeń rodził w nim suchość, czerstwość, zdrętwiałość wewnętrzną, a nadto rozniecał jakąś chełpliwość, cynizm, zdolność do przechwalania się, przelicytowywania w okrucieństwie i jeżeli nie samą zbrodniczość instynktu, to pewien surogat zbrodniczości, snobizm uwielbiający zdolność do zbrodni. Gdyby był wcale nie widział wojennych i rewolucyjnych „kawałków”, byłby się ich nie tylko bał, ale i lękał. Wspomnienie groźnych widoków kazało patrzeć na takie tam drobne wypadki jak zadziobanie jednej perliczki przez drugą — jako na fatałaszki. Takież to on sceny widywał? Widywał, jak niewinną dziewczynę ormiańską zgraja chłopów potężnych gwałciła — drab po drabie — a później ostatni pchnął ją nożem pod to serce, które już prawie nie biło. Widywał, jak potem ta zgraja zapalała papierosy i podśpiewując szła w swoją stronę. Cóż tam Karusia i ta druga!
W gruncie rzeczy jednak ani widziane z bliska zajścia wojenne i widziane z bliska zajścia rewolucyjne nie wpłynęły tak decydująco na usposobienie Cezarego, jak jego rozszalała namiętność do Laury Kościenieckiej. Jego zapalczywość miłosna była tej miary, że wypadki nawłockie służyły mu za temat do interesujących nowinek, które zanosił swej pani. Szczęśliwy był, gdy mógł dostarczyć czegoś prosto z igły, na gorąco: Aresztowano Wandę Okszyńską, gdyż w czasie sekcji znaleziono strychninę we wnętrznościach Karoliny. Podczas rewizji znaleziono słoik z takąż strychniną w szafie rządcy Turzyckiego. Wanda prawie nie broni się. Zaprzecza i basta. O niczym nie wie. Nigdy słoika ze strychniną w szafie wuja nie widziała. Po cóż by miała sypać truciznę do szklanki Karoliny? Lecz któż ją wsypał? Czy ona sama? Służącej wtedy w domu nie było. Turzycki był na folwarku Chłodek. Były w mieszkaniu rządcy dwie osoby — pani Turzycka i Wanda. Pani Turzycka? Brak wszelkich poszlak. Wanda? Ten podlot, klapak338, muzykus nie wiedzący o świecie bożym, ta głupia i tchórzliwa Wanda? O tajemnym uścisku ręki przez tęż głupią Wandę (ach, jakże głupią!), nikomu nigdy nie wspomniał. Po cóż miałby dorzucać sobie liść wawrzynu, a jej kamień potępienia? I to nie: nie chciał po prostu, żeby się na niego Laura gniewała, żeby go miała w podejrzeniu. Wszakże nie mówił ani jej, ani nikomu o pocałunkach z Karusią. Po cóż miałby mówić o jednym idiotycznym uścisku ręki?
I tak oto coraz to nowe ploteczki, wiadomostki, wersje, pogłoski Cezary nosił swej pani. Widywał ją tajemnie to tu, to tam, w hotelu w mieście albo u niej w nocy. Zachowywał się chytrze, tak przebiegle, tak ostrożnie i przewidująco, iż mógłby być nazwany człowiekiem-łasicą czy tchórzem, z gatunku tych tchórzów, które mężnie nocą wkradają się do kurników. Lecz do czasu dzban wodę nosił. Urwało się wreszcie ucho — i cały dzban roztłukł się bez ratunku.
Było to tuż-tuż przed Bożym Narodzeniem. Cezary miał zamiar spędzić święta w Nawłoci, a na Nowy Rok wrócić do Warszawy i zabrać się do nauki. Zabierał się zaś tak kategorycznie do nauki, ponieważ pani Laura wybierała się na kilka tygodni karnawału również do Warszawy. Miał jechać również do Warszawy pan Barwicki, ale to na zapał Cezarego do nauki niewiele wpływało. Pewnej nocy grudniowej, późno, około trzeciej, Cezary wymknął się z mieszkania i poszedł do Leńca. Biegł, jak zwykle, na przełaj przez pola, więc szybko przeszedł odległość dzielącą te folwarki. Noc była spokojna, ciemna. Śnieg prószył. Cezary znał już w ogrodzeniu pewien przełaz łatwy do przebycia, więc prawie pędem, po grudzie z lekka przyprószonej śniegiem, dotarł do drzwi wiadomych. Były otwarte, więc wszedł cicho i dotarł do biblioteki. Lecz skoro tylko tam stanął, poczuł, że jest coś złego. Poczuł czyjąś obecność w tym pokoju. Przystanął tedy i powstrzymawszy oddech nasłuchiwał.
Nagle poraziło go w oczy światło latarki elektrycznej, nagle rzucone. W tej samej chwili usłyszał świst i poczuł w lewym policzku potworny ból. Ból był tak srogi, że Cezary zaskowyczał i schylił się ku ziemi chwyciwszy się za głowę obiema rękami. Wtedy świsnęły nad nim nowe razy kija czy bata. Ten, kto go bił, stał o krok przed nim, sapiąc i klnąc. Cezary poznał głos. To był Barwicki. Myśl ta przemknęła przez jego głowę. Nienawiść, silniejsza niż ból, a przez ból podjudzona i podsycona, dała mu taką moc, jakiej w sobie ani przeczuwał. Rzucił się naprzód z gołymi rękami, szukając przeciwnika. A wywijając rękami w powietrzu, macając naokół w ciemności, trafił na szpicrutę, którą mu ciosy zadawano. Baryka uchwycił i szarpnął tę szpicrutę, wydarł ją z ręki wroga, w mgnieniu oka ujął za cieńszy koniec przy pętlicy i grubą gałką rękojeści począł prać w ciemność. Trafił w adwersarza339 i poraził go, widać, w głowę, bo tamten z jękiem zwalił się na ziemię. Cezary znalazł go w mroku i począł w mściwym obłędzie kuć obcasami, gdzie trafił — w głowę, w boki, w piersi. Mając w ręku narzędzie do zadawania ciosów, bił nim teraz bez miłosierdzia. Barwicki porwał się z ziemi na kolana i chwycił Barykę za nogi. Runęło na ziemię jakieś krzesło. Obadwaj wydawali teraz zduszone szepty nienawiści bijąc się z całej siły pięściami i wodząc po dywanie w zapamiętałej walce. Wtem błysło światło. — Laura! — Stała w progu ze świecą w ręce. Zaprzestali bitwy. Podnieśli się na nogi. Szepnęła do Barwickiego:
— Skąd się tutaj wziąłeś?
— Poczekałem na twojego amanta. Wróciłem się z drogi. Poczekałem tutaj w bibliotece na twojego faworyta.
— Na mojego gościa.
— Gość o czwartej w nocy.
— Wolno mi przyjmować, kogo chcę.