— Nie kieruje moimi krokami ta doskonała księża zasada: rozkazywać z najgłębszą pokorą i słuchać rozkazów z niezgłębioną dumą. Chodzę po swojemu. Ale jakoś i tak dam sobie radę.

— Niech ci Bóg wszystko przebaczy. I niech cię strzeże ode złego. Muszę już iść do kościoła. Zostań tu sam — i płacz przy tym grobie, w cichości duszy.

Farceur!346 — mruknął Cezary.

Ksiądz nie odpowiedział. Szybko odszedł.


Cezary powrócił do swego pokoju chyłkiem, z twarzą osłoniętą, ażeby go zaś kto nie zobaczył ze śladem ciosu szpicruty na twarzy. Zawiązał twarz chustką, zakopał się w łóżko i zasnął jak kamień. Spał przez cały dzień i część nocy. Obudziło go światło w pokoju i odgłos kroków. To Hipolit Wielosławski stał nad łóżkiem. Cezary niechętnie podniósł głowę.

— Cezary! Co się z tobą dzieje? Nie jadłeś i nie piłeś...

— Spałem.

— Dobrze. Ale każże sobie cokolwiek przynieść. Co każesz?

— Proś, żeby mi tu przynieśli herbaty. Jestem cokolwiek niezdrów i dlatego nie mogę iść do stołu.