„Ażeby, bracie, kęs chleba umiamlać żuchwami i przełknąć łyk wódki”.
Nie wyłamie się obłęd ze swego tajnego łożyska, żeby ująć zły dyszel i popchnąć pospołu z tragarzem ten ciężar nad siły.
— Pięć kroków w jednym kierunku: — raz — dwa — trzy — cztery — pięć. Pięć kroków w przeciwnym kierunku: — raz — dwa — trzy — cztery...
Nie wzruszą go mali złodzieje węglowi, wybiegający z zaułków, z zakamarków, z nor, ze szczelin — jak szczury. Gdy wielki wóz z węglem zajeżdża, aby zaopatrzyć pana w solidnie malowanej kamienicy w ciepło doskonałe na te dni srogiej zimy — gdy ogromni, czarni ludzie z czarnymi workami na głowach miotać poczną wielkie bryły w ohydne okno piwnicy — gdy konie dymią, ludzie stękają i klną, a mokry, czarny miał opada ku zgryzocie przechodniów na oślizgłe chodniki — zjawiają się, jakby ich ziemia przemarznięta wydaliła ze szczelin między grudą, jakby ich wiatr północny wywiał spomiędzy zasp śniegu.
Wykwitają z niczego i znikąd, jako drzewka mrozu na szybie ciepłego pańskiego mieszkania. Każdy z nich ma w ręku koszyczek wiklowy albo torbę u pasa, zeszytą z brytów445 zgrzebnych, ocalałych z jakowychś fartuchów roboczych. Każdy ma w ręku miotełkę, zwitek brzozy, uszczknięty kędyś sposobem kradzionym z solidnych mioteł stróżowskich, może niecnotliwie pozbieranych za oczami właściciela w sklepie mioteł. Szybciej niż stada wróbli spadających na żer rozsypany, ruchy prędkimi jako mgnienie oka, podrygi, skoki i obroty nagłymi, w prysiudy i okrakiem chłopcy zmiatają pył rozpryśnięty z gzemsów betonu na chodniku, z błotnistych garbów i dziur jezdni. Chwytają palcami kosteczki najmniejsze, okruszyny od złomów odbite, bryłki minimalne. Wygrzebują czerwonymi rękami miał płynący pospołu z gęstą treścią rynsztoka. Wprawnymi ruchami, chybkimi podrzuty chowają miazgę uzgarnianą do torb i koszyków. Wszystko to zwinnie, szybko, w lot, w skok, w mig, nim pan posterunkowy zawróci, nim spojrzy, nim dostrzeże, nim skoczy, aby bronić własności każdego, kto posiada pieniądze. Wtedy rozpierzchają się jako szpaki, chyłkiem, między automobilami mkną jak myszy, wyrywają ni to rącze szczenięta, wieją na wsze strony jako wiater, znikają jako mary, wsiąkają w ziemię na wzór deszczu.
I znowu pan posterunkowy zimnym okiem spogląda na przelatujące auta, na ich barwy wielorakie — szare, zielone, granatowe — na ich kształty coraz inne. Słucha ich porykiwania i pobekiwania, prawidłowego w tym chaosie. Przestrzega porządku w ich biegu bez końca. Ślizga się po nim zimne spojrzenie pana w głębi, w którego skupionej postaci mkną wielkie sprawy, wielkie afery, wielkie interesy, wielkie zyski. Tam pan w okularach na nosie, w okularach wielkich jak koła wózka bezsilnego Żydziaka. Wielkie pomysły, wielkie intrygi, wielkie plany. Pan z uśmiechem na ustach, z rozkoszną dumą we wzroku: wizyta, czarująca rozmowa, spotkanie.
Pani bladolica w lutry otulona nadobnie. Szczęście jej — to te lutry446. Po to żyje, by je na sobie pokazywać tym wszystkim, co biegną zziębnięci. Przejmujący zapach perfum. Panna czarująca z prawej strony, panna blondynka z lewej. Oficer. Co za rozszalałe spojrzenia! O wolności! O swawolna rozkoszy! O życie! O szczęście! O młodości, młodości! Wśród nich wszystkich między karawanem i frachtowym ogromem, pośród nabitych tramwajów i zabryzganych dorożek przesuwa się chyłkiem ananas. Kapelusik przekrzywiony na ucho. Ucho spuszczone do aksamitnego kołnierza od watówki. W kłach papieros. Łapy w głębokich kieszeniach. Buty wyczyszczone do glancu, dopiero co na rogu.
Jesteś, zbóju! Gdy wszyscy śpią lub się duszą w lubieżnych objęciach — ci, co mkną w autach, i ci, co się tłuką w dorożkach, co się gniotą i popychają w tramwajach, i ci, co brną chlapiąc brudną cieczą po betonie — ci, co drzemią po szynkach, albo bezsennie, do pękania mocnej czaszki, pracują — pan posterunkowy powstaje. Kiedy psa żal wygonić w noc okrutną, bo deszcz tnie, wicher wyje, ziąb, szaruga — oto się skrada w nocy, żeby zakołatać we drzwi zbója, co już stu niewinnych położył — o czym nikt nie wie. Każe mu tam drzwi otworzyć! A tamten nie śpi. Czeka. Podnoszą wraz krótkie lufy i obadwaj patrzą się w ciemność śmiertelnymi luf jamami. Któryż pierwszy pochwyci sposobną sekundę?
Któryż którego weźmie na muchę? Któryż którego ubiegnie? Pięć kroków w prawo. — Zwrot. — Pięć kroków w lewo.
Ach, panie posterunkowy, ach, panie posterunkowy, czemuż masz smutną twarz? Masz przecie prawo prądem elektrycznym doświadczać, masz prawo wkładać ołówki między palce, a potem je ściskać maszynką. Na tobie stoi, na tobie polega ten cały oto wirujący świat. Gdyby nie ty, spokojny i uważny, skoczyliby sobie do gardzieli i skłębiliby się w jedno wężowisko żądz. Zdarliby ze siebie nawzajem nie tylko szmaty i bieliznę, ale wyłupiliby sobie oczy nawzajem i z dygocących wnętrzności wyszarpaliby żywą duszę, żeby ją w tym oto błocie ulicy nogami rozdeptać.