Zachichotał jak głupiec.
— Czy on jest tutaj, w Warszawie?
— Jest.
— To pewnie nas śledzi.
— Boisz się, Czaruś?
— Boję się. Ja już złożyłem dowody, jak go się boję. O, ja się go boję! Chciałbym go dostać w ręce. Czy wiesz? Gotów byłbym rozpętać rewolucję, żeby go dostać w swe ręce.
— Dobra to będzie i rewolucja, której celem będzie Barwicki we własnej osobie. Czy i mnie także chcesz dostać i torturować jak jego?
— Ciebie... Ciebie — nie. Ciebie jedną kocham na ziemi. Ciebie kocham do szaleństwa. Nie umiem powiedzieć inaczej i mówię jak w teatrze albo w romansie: „do szaleństwa”. Ty jesteś — Laura.
— A przecie jeszcze się na mnie gniewasz?
— Czy się gniewam?... Nigdy nie będziemy razem! Zawsze tamten człowiek będzie z tobą! Powiedz, czy to nie jest rozpacz!