W czasie tego całego galimatiasu matka Hipolita, siedząc w dużym fotelu, nie wydawała głosu. Wodziła oczyma za synem i łzy szczęśliwe, sekretne, niepowstrzymane, bez przerwy lały się z jej oczu.
— Mamusia sobie tam cicho-sza popłakuje — rzekł tkliwie Hipolit. „Wy sobie tam gadajcie głośno, co chcecie, a ja sobie za wszystkie czasy popłaczę”. No, nie? Każdy ma swój sposób na radość. A oto Czaruś Baryka, mój rodzony przyjaciel, nie ma ojca ani matki. Ojciec to mu nawet teraz niedawno umarł. I w jakich warunkach! A Czaruś żyje. I bił się, że aż trzeszczało. I chodzi. I śmieje się. I teraz sobie znowu starki kropnie!
— O, widzisz! Toś powiedział, Hip, słowo — cymes! Pijemy za zdrowie życia! I to w ręce mamusi! — wołał ksiądz Nastek.
— Ja nie mogę pić, mój prałacie miły. Wiesz. Serce. I tak jestem mocno pijana, gdy patrzę na tego piechura... — rzekła pani Wielosławska roztapiając się w uśmiechu szczęścia i nie spuszczając z Hipolita oczu rozradowanych.
— Et, Hipowi teraz będzie dobrze w Nawłoci! — westchnął księżulo. — Tak mi się coś wydaje. A wujciowi się nie wydaje? — spytał pana Skalnickiego.
— I mnie się to samo tak wydaje... — westchnął wujcio.
— Szanować go! — zdecydowała głośno starsza pani. — Na wojnę chodził, ziemi bronił, bił się mężnie, cały kraj przemierzył własnymi krokami!
— Troszkę i na furmance... — dorzucił z cicha Hipolit. — Ale niedużo. Jak mię poturbowały te czapy, a Baryka obronił. W każdym razie: baczność!
— A pańska matka gdzie skończyła życie? — grzecznie i dobrotliwie spytała Cezarego pani Wielosławska.
— W Baku, proszę pani.