— Właśnie... jaśnie panienka jakoś nam dzisiaj niezdrowa.
— Leży?
— Uchowaj Boże! Nie obłożnie, ale nam jakoś niezdrowa.
— Rozumiem. A niechże wam będzie niezdrowa! No, Cezary — do koni! Idzież ze mną?
— Jeszcze by też!
Wyszli hucznie, buńczucznie. Dziedziniec był brukowany, niczym plac miejski. Stajnie mieściły się na drugim jego końcu. Drzwi tam były otwarte i na progu stajni czekał wyprostowany i wypucowany Jędrek w spodniach w czarno-białe kratki i czerwonym lejbiku230. Hipolit wpadł skokiem do stajni i witał się z końmi. Wielkim głosem wołał po imieniu na wierzchowce, których miał osiem, witał się z cugowymi231 i „brakami”232. Chodził od gródzy233 do gródzy to pokrzykując, to pieszcząc się z końmi, jakby z najlepszymi przyjaciółmi. Miał łzy w oczach i uśmiech szczęścia na twarzy.
Krok w krok chodził za nim Jędrek, stajenny. W każdym ruchu, w tonie głosu, uśmiechu i zasmuceniu naśladował swego pana — nie mówiąc już ani słowa o poglądach, mniemaniach i zasadach zarówno stajennych, jak ogólnoświatowych. Cezary wywnioskował z obserwacji, że ów Jędrek mieści się bez reszty w Hipolicie Wielosławskim. Jest w nim i krąży całą swą istotą wewnątrz tamtego niczym jakowaś planeta ciemna dokoła świetlistego słońca. Na wyprawie wojennej, w obcowaniu z osobami wysoko postawionymi Jędrek nauczył się używania wyrazów ozdobnych, paradnych, niejako krasomówczych i wysoko stylowych. Mówił, wciąż wtykając tu i tam, a nie zawsze we właściwe miejsce — „ewentualnie”, „naturalnie”, „faktycznie”, „względnie” — a zwłaszcza „absolutnie”. Tego „absolutnie” wprost nadużywał. Nadużywał również przysłówka „jednakowoż”, który zjawiał się w jego ustach ni w pięć ni w dziewięć w zwykłych zdaniach oznajmiających. Jędrek mówił na przykład:
— Muszę to pokazać: kasztan przychudł, a jednakowoż „Angielka” także przychudła.
— Sam to doskonale widzę, ale coś ty — przepraszam — robił od rana?
— Wyrzucałem spod cugowych nawóz, ewentualnie gnój.