Wielki dzień składkowej zabawy nadszedł wreszcie. Cała okolica dworska popadła w stan istnych drgawek. Fryzjerzy z Częstochowy, a nawet z miasteczek okolicznych ondulowali, fryzowali i czesali panie — jeżdżąc cugami pospiesznymi od dworu do dworu. Jeszcze przyprasowywano, zmieniano, wykańczano na ostatnią chwilę.
W Nawłoci, jak się okazało, Maciejunio był nie tylko mistrzem ceremonii, ale i fryzjerem nie lada! Wprawdzie jego pod tym względem pojęcia i zasady pachniały cokolwieczek epoką młodości Bismarcka305, niemniej jednak kręcił żelazkiem, próbując jego siły na wargach, nader zgrabnie. Najpierw został przypieczony, oczywista, „Jaśnie-Hipcio”, później „gość”, wreszcie wbrew obłudnym protestom ksiądz Nastek — ażeby nikogo nie gorszyć — czut’-czut’306, jak deklarował Maciejunio. Dwaj pierwsi byli w nowych frakach, leżących jak ulał na ich walnych i szykownych żołnierskich figurach. Ksiądz Nastek miał na sobie jakąś lśniącą spódniczkę, na to wdziany pewien rodzaj żupanika z sajety307 drogocennej, połyskliwej i delikatnej, o jedwabnych guziczkach — rozpiętego z przodu i związanego pod szyją jedwabnym sznurkiem z takimiż kutasikami. Na nogi ksiądz Nastek wdział połyskliwe lakiery ze stalowymi sprzączkami — a na łydki — do licha! — zupełnie damskie pończochy, sięgające aż do diabelnie wysoko wzniesionych tajemnic jego doczesnej powłoki.
Gdy Cezary Baryka przed wyjazdem obejrzał się ze wszystkich stron w dużym lustrze, musiał przyznać, że wygląda cwanie. Przypatrywał się sobie samemu jakby figurze nieznajomej. Był najzupełniej niepodobny do draba kudłatego i obdartego, który boso konwojował trupy na wzgórza pod miastem Baku, ani do podróżnika pod kożuchami na drodze z Charkowa do polskich granic. Nie tylko podobał się samemu sobie, ale nawet budził we własnym wnętrzu jakieś impulsy gwałtowne dla odbicia w lustrze niezrównanego eleganta i barczystego młokosa z podfryzowaną czupryną.
Gdy wszyscy trzej, „trzej uwodziciele”, zeszli się w pokoju Cezarego na chwilę przed wyjazdem, Hipolit na widok księdza Anastazego wybuchnął spazmatycznym śmiechem.
— Czego się śmiejesz, Hipek? — pytał kapłan, nie bez pewnego w głosie popłochu.
— Jakże się tu nie śmiać! Coś ty na siebie, klecho, nawdziewał?
— Jak to, co? Suknia.
— „Suknia”? Nie suknia, tylko sukienka, a właściwie spódniczka, a pod nią „halka”. Powinieneś był z przodu przyszyć sobie jaką falbankę dla ozdoby. Jeżeli można takie chwaściki pod brodą, to można i falbankę u dołu.
— Nie bądź no zbytnio złośliwy!
— Co mówisz? Albo zdejm te wszystkie księże kokieterie i wdziej frak, albo noś i na balu kapotę do ziemi, jak inni księża.