Coraz głębiej, aż do ostatniej granicy, przechodzi pęknięcie przez serca samotne, które trwogi nigdy nie znały. Patrzyły na zawodność każdego z widziadeł ducha, a teraz mają poznać ostatnie polskie rozczarowanie, przed którego stwierdzeniem truchleje słowo.
Tylko egoizm nie stracił pewności siebie. Wdziewa teraz najuroczyściej biały swój płaszcz, nakłada biret. Wstąpiwszy w środek aktu straszliwej tragedii, wskazuje laską na skira podłości w ciele ludu. On to jeden z dawna przewidział. Teraz mu się nareszcie zdarzyła sposobność zemsty na „przeklętym pokoleniu” męczenników. Gdy dziś wygniłymi oczyma nędza nic nie widzi, a chuda jej ręka wyciąga pustą sakwę ku temu, kto ją napełni, jego pięknomówne usta jedynie plują w trup męczennika kołysany od wichru.
Młodości!
Wszystkiego dziedzicu!
O, pokolenie przyszłą wiosnę niosące!
Promień słoneczny po nocy, zza krawędzi mroku znowu wytryśnie.
Ciepły wiatr z południa powieje w trawy młode, we włosy i na lica dzieci wiejskich, po topielach dróg śpieszących do dalekich, biednych, z rzadka rozstawionych szkółek i ochron.
Rozkwitnie znowu wiśnia po sadach, w opłotkach brudnych wsi...
Zakuj się w żelazną zbroję woli, o młoda duszo! Niechaj twój umysł nie skażony naszymi błędami, zaryje się z uporem Hoene-Wrońskiego w „liczbę, metal, trupie ciało”.