— A kawaler coś za jeden, czyj syn?
— Tam jednego...
— Co za jednego... tam?
— Włościanina.
— Proszę... włościanina. A dokądże to tak walisz samopas, kochanku?
— Do Klerykowa.
— Fiu — fiu. A po cóż to?
— Do szkół, proszę wielmożnego pana.
— Cóż, u licha! Ojciec na szkoły dla ciebie ma, a na furmankę nie ma? Konie trzymają ojciec?
— Nie.