Inspektor tymczasem wdrażał już formalne śledztwo. Zwrócony do klasy pytał stanowczym głosem:
— Czy upoważniliście Waleckiego do zakładania protestu?
Uczniowie milczeli.
— Kto delegował Waleckiego? Winni, którzy się przyznają natychmiast, zmniejszą sobie karę o połowę. Później Rada Pedagogiczna będzie nieubłaganą.
Znowu odpowiedziano milczeniem. Żaden z kolegów nie naradzał się z Waleckim, a prawo koleżeństwa domagało się obrony współtowarzysza. Nikt nie wiedział, co począć. Wszyscy siedzieli w absolutnym ogłupieniu, ratowali się milczeniem i zupełną nieruchomością ciał niby kupa chłopów zaskoczona przez wypadki niepojęte. Inspektor był na to przygotowany i jako praktyk w rzeczach badań wnet zmienił metodę:
— A więc nie przyznajecie się? Dobrze. Goldbaum, czy upoważniłeś pan Waleckiego?
Prymus wolniutko dźwignął się z miejsca i zgięty stanął w ławce, patrząc w ziemię.
— No i cóż, należałeś do buntu?
— Ja dziś nie rozmawiałem w klasie... Mnie dziś bardzo głowa boli.
— Tu trzeba dać odpowiedź kategoryczną! — przerwał mu dyrektor.