Serce Marcina zakłuła złośliwa boleść, ów, jak mówi Hamlet, „taki jedynie rodzaj przeczucia, jaki by zmieszał, być może, kobietę”. — Pragnąc znaleźć od razu środek ratunku na to gniotące uczucie, Borowicz wszedł w bramę i spotkał tam starą i unurzaną w brudzie stróżkę, która oczyszczała miotliskiem na długim kiju bramę wjazdową.
— Proszę pani — szepnął, wsuwając babie w rękę pół rubla — czy doktor Stogowski teraz przyjmuje chorych?
— Ten, co tu na górze mieszkał, ruski doktor, to się już wyprowadził, ale przyjdzie na kwaterę to samo doktor, tylko inszy, a tera nie ma żadnego... — rzekła babina, osłupiała z podziwu na widok takiej kupy pieniędzy.
— A gdzież tamten?
— Tamtego przeniesły aże w głęboką Rosiją.
— W głęboką Rosiją? — powtórzył Marcin dygocącymi wargami.
— Mówił ta dzieńszczyk363, że tam niby ten doktor Stogowski będzie brał lepszą zasługę. Na jednoroła tam poszedł, to samo przy wojsku.
— Ale gdzież to jest?
— Gadał on toto, ale ja nie potrafię wymówić. Jakosi tak jakby... Śmierno, czy co?
— A czy to już wyjechali?