— No, bić to bić, ma-li, a nie, to mię, panie, wypuszczaj!
Młody człowiek spojrzał na niego zza swych okularów i mruknął:
— Poczekaj, poczekaj, nic pilnego!...
Następnie zaczął przewracać stosy swych książek i papierów. Czynił to bez ładu i porządku, ciskając tomy na prawo i lewo. Jędrek miał się na baczności i pilnie zważał na każdy ruch pedagoga, przekonany, że ten lada moment wyrwie z dziury jakieś niewidziane i niesłychane narzędzie męki. Wzrok jego spoczywał w przelocie na klamce, szybach okna i oszklonego wejścia, za którym mieścił się balkonik. Tymczasem Kawka wyciągnął z głębi swych zbiorów duży atlas zoologiczny pełen kolorowanych figur zwierząt i położył go przed chłopakiem na stole, mówiąc:
— Weź i obejrzyj sobie te obrazki.
Jędrek ani myślał patrzeć, gdyż wydało mu się, że posiadł sekret belfra.
„Ja bym się — rozumował — zabawiał obrazikami, a on by mię, para, z tyłu w łeb tak ćwieknął, żebym ani tchnął...”
Belfer tymczasem defilował już po izbie, trzymając papierosa w ustach, książkę w ręku, i półgłosem mrucząc na pamięć słowa i frazesy angielskie, które mu tego dnia do nauki wypadły.
Znowu minął kwadrans czasu.
— Jak tam prosięta w ziemniaki dworskie wlezą, żeby na mnie zaś nie było, bo ja tu nic nie krzyw! — nagle wrzasnął mały więzień.