— Bo gdzież on się tutaj wyleczy? Powiedzże, co myślisz!
— Tu się wyleczył.
— Lecz czyż dłużej może tu zostać? Czy on sam zechce zostać, gdy się wyleczy.
— Nie.
— Tam ja go prędko postawię na nogi. A gdy mu będzie lepiej — żeby nie poszedł do partii — wywiozę go do Włoch.
— Do Włoch!
— Bo tylko tam może wyzdrowieć zupełnie. A przecie i ty chcesz, żeby wyzdrowiał, — żeby już nie szedł bić się i otrzymywać takie same rany. Czyż nieprawdę mówię?
— Owszem, prawdę.
— A jeśli mówię źle, nieprawdę, to ty mi daj inną radę! Cóż mi z twojego twardego głosu.
W duszy Salomei przewinęło się jak boleść krwawa dawniejsze marzenie o wędrówce z małżonkiem po dalekim, nieznanym, włoskim kraju. Wspomniała sobie wyśnione miasta, obrazy gór i mórz, których jeszcze nigdy nie widziały oczy. Podźwignęła się naprzeciwko tej groźnej pani swego losu i spytała: