— Do miasta cię musimy odstawić.
— Wy, mnie?
— Juści. Pójdź z nami. Ja tu sołtys.
Czerwony gość tej wsi milczał. To byli właśnie ci, dla których wolności z pańskiego domu poszedł był spać w polach, w zimie, na roli — przymierać głodem — jak pies słuchać rozkazu — bić się bez broni — i tak oto z placu boju wracać. Podchodzili do niego wszyscy wraz, półkolem.
Wtedy rzekł:
— Puśćcie mnie wolno, bo przecie ja za waszą swobodę i za wasze dobro się biłem i takie na sobie mam rany.
— E, takie gadki to my już słyszeli... Ty se ta gadaj, a tu jest przykaz. Chodź, bracie, z dobrawoli.
— Dokąd mam iść?
— Tera pójdziesz z nami do wsi. A potem, to się dowiesz.
— Co myślicie ze mną zrobić?