— Widzi pan — mówiła — że on ma na przodzie zęby wybite...

— Ja mu je do reszty wybiję!

— Niechże pan posłucha, zanim resztę tych starych zębów wybijać, historii o tamtych, których już nie ma.

— Co mię tam jego zęby obchodzą!

— O, ładnie, tak traktować konwersację z kobietami!

— Konwersację... To niech pani mówi, jeśli jest co ważnego...

— A kiedy pan nie słucha. Jakże tu mówić?

— Ale słucham, tylko że pani nie słyszy, jak we mnie głód wniebogłosy wrzeszczy.

— No, to niedługa historia — i głód posłucha. Widzi pan, było tak. Jak ten nasz staruszek był jeszcze młody, służył tutaj w tym samym dworze przy kucharzu za popychadło. Ani się obejrzał, jak go do wojska zawołali. Żal mu się zrobiło tej kuchni, rondli i sosów — przed wojaczką strach — dwadzieścia pięć lat pod karabinem — to nie żarty! Przyszedł sołtys brać go do superrewizji. Nasz kuchcik uskoczył za węgieł dworu, wziął kamień z ziemi i wytłukł nim sobie dwa przednie zęby, jak to pan wie, niezbędne do odgryzania ładunków przy skałkowym karabinie. Sołtys go za kark, postronkiem wiązać, a ten się w głos śmieje i pokazuje zakrwawioną dziurę na przedzie szczęki.

— No i cóż z tego.