— Gdyby nie pani, to bym już leżał w tej mokrej ziemi. Wyrosłaby na mnie młoda trawa.

— Byłby z pana jaki taki pożytek. A tak, to tylko zmartwienie.

— Zapewne. Przynajmniej koń moskiewski uskubnąłby mnie i spożył. A tak, to rzeczywiście tylko zmartwienie. No, ale przecie prosiłem nieraz, żeby mnie zgładzić. Nikt nie chciał. Nawet dragoński porucznik...

— Widać pan jest przeznaczony do wyższego jakiegoś celu.

— Do celu wysokiego — i z drewna.

— O, już swoje! Ciągłe wskazywanie na tę swoją bramę tryumfalną...

— Ja? Gdzież tam!

— Dopiero by się to różne księżniczki zapłakiwały, gdyby mogły wiedzieć, jak się pan w kadzi na sucho gotował! Szczęście, że się o tym nigdy nie dowiedzą, bo by się pan utopił w powodzi łez...

— Co ma wisieć, nie utonie.

— Och, z tą szubienicą! Jakoś się pana śmierć nie ima, więc co będzie, to będzie, a szubienicy nie będzie.