Patrzał w milczeniu, szarpiąc wąsy, jak sanki wydobyły się na szerszą drogę, wjechały w ulicę wioski i, to kryjąc się za dachami, to ukazując w przerwach, pomykały w dal... Dzwonek słychać było coraz rzadziej i dalej... Wreszcie doleciało ostatnie jego uderzenie... Ucichło... Rafał patrzał jeszcze na koniec wsi, ale już nic nie ujrzał. Machnicki spytał:
— Żona twoja dawno nie żyje?
— Pięć lat już... — odrzekł opryskliwie.
Zapanowała chwila milczenia.
— No, bracie, — rzekł Machnicki, — na nas czas. Kiedy się i gdzie spotkamy?
— Czy się spotkamy?
Głos jego stał się twardy i rozkazujący:
— Bierz się w kupę! Do dzieła! Nie dla nas łzy, kobiety, dzieci!...