Dobre imię? Na co potrzebne ono Casanovie? Nie ceni on go wyżej aniżeli tłuścioch Falstaff98, który stwierdził fakt niewątpliwy, że ani się nim można najeść, ani napić. I Falstaff, i Casanova podzielają też najzupełniej pogląd owego zacnego członka parlamentu angielskiego, który zadał na otwartym posiedzeniu pytanie dotyczące opinii ludzkiej, o której tyle wciąż słyszy, że chciałby raz nareszcie dowiedzieć się, czego owa opinia, owa dobra sława dokonała już dla dobrobytu i zadowolenia obywateli angielskich? W pojęciu Casanovy nie daje dobra opinia żadnego namacalnego pożytku, ale wprost przeciwnie, jest ona straszakiem, nakładającym hamulce obowiązków i zobowiązań, krępującym użycie, a tym samym uważać ją należy za zbędną. Bowiem niczego na ziemi nie nienawidzi Casanova w tym stopniu, co obowiązków i wiązania się. Nie chce uznawać innych obowiązków poza jedynym, wygodnie naturalnym — sycenia własnego, sprawnego, żywego ciała przyjemnościami, jakich ono pożąda, i darzenia kobiet możliwie największą dozą tego samego eliksiru rozkoszy.

Dlatego też nie pyta, jaki ma to jego własne gorące istnienie smak dla innych: zły czy dobry, słodki czy kwaśny; obojętne mu jest, że potępiają jego postępowanie, że przypisują mu bezwstyd i czyny hańbiące.

Wstyd? — Jakiż to szczególny wyraz, jakie niepodobne99 do zrozumienia pojęcie! Brak absolutnie tego wyrazu w dykcjonarzu100 jego życia, Z nonszalancją lazarona101 spuszcza wobec całego zgromadzonego gremium pludry102 i śmiejąc się w żywe oczy, obnaża swoje seksualia, mówiąc bez zająknienia o wszystkim, ujawniając wszystko, do czego inny nie przyznałby się i na torturach. Mówi tedy o swoich sztuczkach łotrowskich, o swoich blamażach, o wypadkach spalenia na panewce, przymiocie103, na jaki chorował, i kuracjach syfilitycznych, wszystko to jednak nie owym grzmiącym tonem bałwochwalczego czciciela prawdy, jak Jean Jacques Rousseau na przykład, wyczuwający przerażone zdumienie swoich słuchaczy, ale najzupełniej naturalnie naiwnie, jako że (co stwierdziła już omówiona poprzednio dysekcja anatomiczna) brak mu absolutnie nerwu etycznych rozróżnień, szczątkowego bodaj narządu kompleksów obyczajności.

Gdyby mu zarzucono, że fałszował przy grze w karty, odpowiedziałby ze zdumieniem:

„Tak, ale nie miałem przecież wtedy pieniędzy!”

Gdyby oskarżono go o uwiedzenie kobiety, roześmiałby się w odpowiedzi:

„Ale dobrze ją obsłużyłem, co?”

Nie wpada mu nigdy na myśl wytłumaczyć się jednym chociażby słowem z magnetycznego wyczarowywania w najbezczelniejszy sposób z kieszeni zacnych obywateli i łatwowiernych kompanów wszelkich ich zasobów i oszczędności. Wprost przeciwnie, cynicznym argumentem pochwala w swoich pamiętnikach popełniane łotrostwa, tkliwie się do nich ustosunkowując.

„Oszukiwaniem głupców mścimy się za krzywdy wyrządzane rozumowi” — pisze.

Nie usprawiedliwia się, nie wyraża nigdy skruchy żalu za popełnione grzechy i zamiast w Środę Popielcową kajać się za zmarnowane swoje życie, zakończone zupełnym bankructwem, w budzącej litość nędzy i zależności, kreśli bezzębny już borsuk zuchwale czarujące wyrazy: