Z wysadzanej diamentami tabakiery częstuje młodych panów meksykańską tabaką do zażywania.

— Mój przyjaciel, poseł hiszpański, przysłał mi ją wczoraj przez specjalnego kuriera.

Słowa jego słychać wyraźnie w sąsiedniej loży; a kiedy jeden z młodzieńców wyraża się z grzecznym podziwem o umieszczonej na tabakierze miniaturze, objaśnia jej właściciel tonem niedbałym, dość głośno jednak, aby cała sala mogła usłyszeć:

— Dar od mojego przyjaciela i miłościwego pana, kurfürsta35 Kolonii.

Zdania te zdają się być rzucone z lekka, bez żadnych specjalnych zamiarów, ot tak, przypadkowo, w potocznej rozmowie, ale przy tym popisywaniu się ciskane na lewo i na prawo spojrzenie błyska z jego oczu drapieżnego ptaka, wypatrującego, jaki efekt sprawiły jego słowa. Tak, wszyscy zajęci są nim, czuje zawisłe na jego postaci zainteresowanie kobiet, zdaje sobie sprawę, że zwraca na siebie powszechną uwagę, że jest podziwiany, wyróżniany, i to czyni go jeszcze zuchwalszym. Zręcznym zwrotem pokierowuje rozmową tak, że zahacza nią o sąsiednią lożę, zajętą przez faworytę36 książęcą, która — czuje to przez skórę — z przyjemnością wsłuchuje się w jego francuskie parlowanie37. Z pełnym szacunku gestem wplata on w opowiadanie swoje o innej pięknej damie rycerskie słówko pod adresem faworyty, przyjęte przez nią z łaskawym uśmiechem.

Wobec tego nie pozostaje nowym jego przyjaciołom nic innego, jak przedstawienie dostojnej damie „chevaliera de Seingalt”. Cel jego już osiągnięty. Jutro będzie obiadował z najwytworniejszym w całym mieście towarzystwem, wieczorem zaproponuje w którymś z pałaców grę w faraona38 i przy tej okazji uda mu się ograbić gościnnych swoich gospodarzy; jutrzejszą noc spędzi z jedną z tych połyskujących brylantami, świetnych, obnażonych pod jedwabiami dam — a wszystko to dzięki śmiałemu, pewnemu i energicznemu swojemu wystąpieniu, niezłomnej swojej woli podbicia świata i męskiej urodzie smagłej swojej twarzy. Jej nade wszystko zawdzięcza zarówno uśmiechy kobiet, jak olbrzymiego solitera na palcu, obsypany brylantami łańcuch do zegarka i złotolite obramowanie stroju, kredyt u bankierów i przyjaźń przedstawicieli arystokracji rodowej, i, co wspanialsze jeszcze niż wszystko inne: możność swobodnego, dowolnego używania nieskończonej wielorakości życia.

W międzyczasie przygotowała się prymadonna do rozpoczęcia nowej arii. Po złożeniu głębokiego ukłonu, zaproszony z natarczywą gościnnością przez oczarowaną jego wielkoświatowymi manierami i wytworną konwersacją, młodzież męską, łaskawie dopuszczony do asystowania przy rannym lever39 faworyty, wraca Casanova na swoje miejsce na widowni i siada, oparłszy znów rękę na rękojeści szpady, z lekko pochyloną, kształtną, kasztanowatą głową, aby ze skupieniem subtelnego znawcy słuchać śpiewu. W ślad za nim idzie z loży do loży, tłumionym szeptem zadawane, to samo niedyskretne pytanie i ta sama podawana z ust do ust odpowiedź: „Chevalier de Seingalt”.

Więcej nie wie nikt o nim: ani skąd przybywa, ani czym się zajmuje, ani też dokąd się udaje, jedynie nazwisko jego i tytuł rycerski wysykiwane są półgłosem po całej ściemnionej, zaciekawionej widowni, przelatując — niewidzialnymi, migotliwymi ognikami warg — aż na scenę, do nie mniej rozciekawionych śpiewaczek.

Nagle rozbrzmiewa dźwięczny śmiech małej weneckiej baletnicy: „Chevalier de Seingalt? O, ten szalbierz! To przecież Casanova, syn Buranelli, młody abbate40, który przed pięciu laty pochlebnymi słówkami wymamił od mojej siostry jej dziewictwo, błazen nadworny starego Bragadina, krętacz, lampart41 i awanturnik”.

Wesoła dziewczyna nie zdaje się jednak brać mu zbytnio za złe jego niegodziwości, bowiem zza kulis mruga na niego porozumiewawczo, zalotnie przykładając do różanych warg końce paluszków. Casanova spostrzega ten gest i przypomina ją sobie: nie ma się czym kłopotać, nie zamąci mu ona jego zabawy z wytwornymi głupcami i będzie wolała spędzić dzisiejszą noc w jego objęciach.